Z Lublina na Ibizę? Poradnik Tomka i Klaudii (mnóstwo zdjęć)

250 zł za bilet w dwie strony na Ibizę? I to jeszcze z Lublina? Żaden problem. Klaudia i Tomek zapraszają do swojej kolejnej relacji. Jak było, na co uważać, jak się przygotować opowiedzą nam w swojej relacji.

Plan wyjazdu na Ibizę pojawiał się co jesień, gdyż Tomek pracował w 2012 roku jako rezydent na tej wyspie i chęć powrotu była bardzo duża. Rok temu mieliśmy kupione już bilety, ale pewne komplikacje nie pozwoliły polecieć. W tym roku już nie odpuściliśmy. Bilety kupiliśmy dokładnie 4 sierpnia, a więc 80 dni przed planowanym wylotem. Koszt na osobę wyniósł nas dokładnie 250 zł. Był to lot łączony RyanAirem z Lublina przez Stansted na Ibizę. Lot w tamtą stronę wychodzi bardzo dobrze godzinowo, ponieważ czekanie na Stansted trwa tylko 2,5 godziny, w drodze powrotnej musieliśmy koczować noc na lotnisku, ale o tym potem.

Nauczeni doświadczeniem z wyjazdów rowerowych pomyśleliśmy, że dobrym pomysłem będzie zabranie namiotu, tutaj od razu uwaga. Kiedyś lecąc na Sycylię miałem problem, bo czepiali się do metalowych śledzi. Żeby nie mieć problemów tym razem kupiłem w internecie plastikowe, ale… nie wyjąłem metalowych, o czym się przekonałem dopiero na Ibizie podczas rozbijania namiotu, także tym razem nie było problemu ani z tymi, ani z tymi, ale lepiej nie ryzykować.

Do momentu wylądowania na wyspie nie mieliśmy wynajętego żadnego noclegu, jednak kilka opcji mieliśmy w planie. Po przejrzeniu ofert na bookingu zdecydowaliśmy, że pierwszą noc będziemy spali w hotelu Figueretes w stolicy Ibizy o tej samej nazwie, lub jak kto woli – Eivissy w języku katalońskim. Do hotelu można dojechać bezpośrednio autobusem z samego lotniska. Cena biletu to 3,50 €/os, kupujemy go u kierowcy. Jedziemy dosłownie 15 minut i wysiadamy 200 metrów od hotelu. Hotel ma 3 gwiazdki, jest zlokalizowany na samej plaży Figueretes w dzielicy o tej samej nazwie. Cena noclegu wyniosła 160 zł za 2 osoby. Hotel leży dosłownie 15 minut od centrum Ibizy. Rano w hotelu pozwolono nam zostawić walizki i na zwiedzanie udać się tylko z plecakami. W samej Ibizie można wejść na wzgórze, gdzie znajduje się cała zabudowa starego miasta Dalt Vila, warto pochodzić też po uliczkach, zobaczyć piękne widoki z góry. W starym mieście znajduje się też kilka interesujących kościołów i katedra, ponadto setki uroczych kafejek, sklepy z pamiątkami, a co ciekawe – jedyny na świecie pomnik poświęcony… piratom i korsarzom, którzy chronili wyspę przed najazdami wrogich ludów. Ciekawy jest też port, gdzie cumują statki pływające po Morzu Śródziemnym oraz niesamowite jachty bogatych turystów albo mieszkańców.

Po zwiedzaniu stolicy postanowiliśmy, że wypożyczymy samochód, ponieważ komunikacja na wyspie nie jest aż tak dobrze rozwinięta. Tzn. można przedostać się z miasta do miasta, ale na plażę czy do zatoki zawiezie nas tylko taxi, którego koszt będzie większy niż za cały dzień wynajmu samochodu. Z tego też powodu większość turystów wypożycza jednak samochody, a wypożyczalni jest mnóstwo. Po zapoznaniu się z wieloma firmami zdecydowaliśmy wypożyczyć samochód w firmie OK Rental Cars. Rezerwację robimy przez internet. Koszt Renault Clio (nowiuśkiego, bo miał tylko 5500 km przebiegu) wynosi 22 euro i to za 6 dni. Cena świetna, co? Ale jest jedno ALE. Jeśli nie wykupimy ubezpieczenia firma na karcie blokuje 1500 euro i jeździmy w stresie, bo za każdą szkodę płacimy ze swojej kieszeni. Warto zatem wykupić ubezpieczenie w cenie 15€/dzień, wtedy cena wzrośnie, ale człowiek jest spokojny i o nic się nie martwi. Cliówka po zrobieniu 500 km po wyspie pokazała nam spalanie 7,5 l/100, co przeniosło się na ok. 50 euro kosztu za paliwo. Na dwie osoby jest to samochód wystarczający, jednak przy większej ilości trzeba by pomyśleć o jakimś kombi albo większym hatchbacku. Plusem Clio było to, że wszędzie szło go zaparkować. Na trasie jest ekonomiczny, ale w górzystym terenie malutki silniczek jednak się męczy i bierze dużo paliwa.

Pojazd otrzymaliśmy o godzinie 16 i ruszyliśmy na zachód. Po drodze zajechaliśmy na Ses Salines, są to ogromne baseny wypełnione słoną wodą, gdzie od setek lat otrzymuje się sól, którą wysyła się na statkach do Skandynawii, by sypać nią drogi w zimie. Tylko mała jej część przeznaczana jest do konsumpcji, jednak zanim motoryzacja się rozwinęła na dobre, to to było białe złoto Ibizy, na którym mieszkańcy się bardzo bogacili. Fanom lotnictwa polecam również to miejsce ze względu na świetne punkty do obserwacji samolotów, a tych nawet w październiku jest bardzo dużo, głównie z UK i Niemiec. Niedaleko solanek znajduje się też plaża Es Cavallet, jeśli ktoś nie lubi opalać się w ubraniu to polecamy. Zobaczymy też tam małą zatokę, gdzie do tej pory funkcjonuje port, który kiedyś wykorzystywano do cumowania statków, które właśnie tą sól wywoziły. Znajduje się tam też bardzo stara lokomotywa, która woziła sól z solanek na statki. Była to jedyna linia kolejowa na Balearach. Szyny zostały albo usunięte albo zalane asfaltem, ale nadal wystają w kilku miejscach. Tam też zobaczymy tablice informujące o Parku Narodowym, którego zadaniem jest chronienie bardzo pożytecznej rośliny morskiej – Posidonii, która wytwarza ogromne ilości tlenu, dzięki któremu fauna w wodach Balearów jest tak liczna.

Naszym celem na nocleg było miejsce, z którego z rana zobaczymy niesamowity widok, czyli Es Vedrę – magiczną wyspę oddaloną o kilkaset metrów od Ibizy. Jest to wyspa niezamieszkała mająca tylko kilka km kwadratowych, ale atmosfera przy tej wyspie jest cudowna. Warto dodać, że jest to trzecie najbardziej namagnesowane miejsce na Ziemi, zaraz po Biegunie Północnym i Trójkącie Bermudzkim, co jest częstym celem naukowców. Jako, że teren był bardzo skalisty i kamienisty, a wiatr był bardzo silny i niekiedy padało postanowiliśmy przespać się w samochodzie. Okazało się, że Clio po rozłożeniu foteli oferuje naprawdę dużo miejsca i ja przy wzroście 175 cm mogłem spokojnie wyciągnąć nogi i naprawdę się wyspać.

Pewnie ktoś zapyta o łazienkę lub toaletę. Na szczęście na plażach wszędzie są dziające prysznice i można z nich korzystać do woli. Toalety w większości są bezpłatne. Nasze kolejne kroki udały się na północ, czyli do miejscowości San Antoni de Portmany. Tam też zrobiliśmy pierwsze większe zakupy, oczywiście w Lidlu. Polecam robić tam zakupy, ponieważ wybór wszystkiego jest ogromny, a ceny są bardzo, ale to bardzo niskie. Jeśli chodzi o świeże ryby to polecam Eroski lub Mercadonę. Nam udało się znaleźć kalmary za 4,40 €/kg i pstrągi, okonie i dorady po 5 €/kg. Pierwszy nasz plan zakładał złowienie ryb samemu, bo kupiliśmy w Decathlonie wędki, przynętę i zestawy akcesoriów, jednak wiatr przez pierwsze 3 dni był nie do zniesienia i zamiast łowienia było odplątywanie żyłek, wchodzenie do wody po zaczepiony o coś haczyk i walka z falami. W tym miejscu doradzamy, żeby KONIECZNIE mieć silikonowe buty do chodzenia po kamieniach i skałach, które są niesamowicie ostre i roi się tam od jeżowców, z którymi spotkanie grozi już tylko wizytą u chirurga. Klaudii udało się złowić ładną doradę, ale to była jedyna nasza zdobycz przez pierwsze dni, dlatego też ryby musieliśmy kupować. W sklepie ogrodniczym kupiliśmy jeszcze małego grilla turystycznego, worek węgla, folię aluminiową i mieszankę przypraw. Kalmary i ryby wychodziły przepyszne i właściwie tym się żywiliśmy codziennie, a śniadanko standardowo w Lidlu.

W Sant Antoni mieliśmy też trzeci nocleg. Tym razem znowu padło na booking i znaleźliśmy hotel Anibal, znajdujący się ok 200 metrów od plaży, również 3* z basenem. Cena to 112 zł/2 osoby. Niestety tej nocy bardzo padało, poszliśmy z grillem i rybami na plażę, ale wracaliśmy z niej jeszcze szybciej mając wszystkie ciuchy mokre. Samo miasto Sant Antoni jest opanowane głównie przez Brytyjczyków. Teraz w jesieni jest spokojnie, ale w wakacje to miasto nie zasypia nigdy i jest raczej większą imprezownią niż stolica. Można się też sam zrelaksować w znanej na całym świecie Cafe del Mar, gdzie turyści przychodzą oglądać przepiękne zachody słońca. Warto pochodzić też po marinie i promenadzie nad samym morzem.

Mając samochód udało nam się zwiedzić również środek wyspy, gdzie mieszkańcy zajmują się głównie rolnictwem. Przeważają oliwki, migdały, owoce cytrusowe, figi, awokado, brzoskwinie. Zwierząt raczej mało, kilka ferm drobiu i kilka stadek baranów. Co ciekawe większość nazw miast pochodzi o Świętych – Santa Agnes, Santa Inez, Sant Carles, Santa Eularia itd. Po prostu w danym miejscu budowano kościół pod wezwaniem np. Świętego Mateusza i miasto otrzymywało nazwę Sant Mateu, ale są „miasta”, gdzie jedynym budynkiem jest kościół i nie ma obsolutnie nic więcej np. Sant Vincent. Widać też dużo ścieżek rowerowych i rowerzystów jest naprawdę dużo, jednak wyspa jest naprawdę górzysta i polecamy ją jedynie konkretnym rowerzystom.

Na północy w miejscowości Portinatx znajdował się hotel, w którym Tomek spędził cały sezon w 2012 i koniecznie trzeba było go odwiedzić i spotkać starych znajomych. Tam tez spróbowaliśmy zarzucić kija, ale znowu wiatr był za duży, więc skupiliśmy się tylko na plażowaniu. Gdy zaczęło już się ściemniać udaliśmy się do Santa Eularii – trzeciej pod względem wielkości miejscowości na wyspie. Jest to mniej imprezowe, ale bardziej urokliwe miasteczko z piękną promenadą, fontannami i licznymi festynami w tradycji katalońskiej, gdyż Ibizie było zawsze bliżej do Barcelony niż Madrytu. Blisko Santa Eularii płynie też jedyna na Balearach rzeka, której poziom wody wynosi teraz ok. 20 cm, a w sezonie jest całkowicie wyschnięta. Niestety ceny hoteli w tym rejonie przewyższały nasz budżet, więc zdecydowaliśmy się na parking obok 4* hotelu, gdzie rozbiliśmy namiot i zrobiliśmy grilla, a rano bez problemu skorzystaliśmy z łazienek w hotelu.

Tego też dnia udaliśmy się do Las Dalias w miejscowości Sant Carles. Jest to odbywający się już od lat 50-tych targ hippisów. Hippisi znaleźli swoją mekkę właśnie na Ibizie. Kiedy u nas odbudowywano kraj po wojnie i wujek Joe trzymał nas za mordę hippisi z Holandii, Anglii, USA i całego świata zjeżdżali na Ibizę. Było to odizolowane od świata miejsce. Nie dochodziły tam rządy Generała Franco. Hippisi bardzo zżyli się z lokalnymi mieszkańcami, uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta, potrafili z niczego zrobić coś, co dzisiaj prezentują i sprzedają właśnie na targu. Znajdziemy tam mnóstwo ręcznego rzemiosła – ubrania, torebki, rzeźby, magnesy, wymyślne rzeczy robione właściwie ze śmieci – kawałków drutów, zawleczek od puszek itd, ponadto lokalną gastronomię, alkohole własnej produkcji. Można udac się na masaż, posłuchać relaksacyjnej muzyki. Wejście na targ jest darmowe, jednak parking dla samochodu to koszt 3,50 euro. Targ odbywa się co sobotę od maja do października. Polecamy kupić nalewkę o smaku migdałkowym – jej smak jest niesamowity. Już dzień wcześniej widać było bardzo dużo ludzi w dredach, szerokich dzwonach, którzy rozstawiali swoje stragany na kolejny dzień. Ludzi jest od groma nawet w październiku, a korki sięgają kilku kilometrów, więc radzimy udać się najwcześniej jak to możliwe. Resztę dnia spędziliśmy na rybach – standardowo – bezowocnie;), a nocleg mieliśmy na łonie przyrody w jednej z zatok, na przeciwko starego miasta na Ibizie. Jeśli chodzi o zatoki to warto sobie o nich coś powiedzieć. Na Ibizie wyróżniamy plaże (hiszp: playa albo sa) oraz zatoki (hiszp: cala). Hiszpańskie regulacje mówią o tym, że odcinek piasku lub kamienia dłuższy niż 1km to plaża, natomiast krótszy to zatoka. Na Ibizie zatem jest tylko kilka plaż, z czego najdłuższa, bo aż sześciokilometrowa to Playa den Bossa – najbardziej imprezowe miejsce w stolicy wyspy. Zatok natomiast jest przeszło 100, są to malutkie miejsca, czasami mające nawet 50 metrów, gdzie jest bardzo kameralnie, nie ma zbyt wielu turystów, często znajduje się tam mały bar lub restauracja, jakiś sklepik, toaleta, mały parking. Wszystkie zatoki zaznaczone są na mapach oraz znakach drogowych. Warto zaliczyć kilka zatok dziennie, poleżeć 2 godzinki na jednej i po 15 minut przenieść się na drugą. Zatoki są od siebie oddalone czasami o kilkadziesiąt, kilkaset metrów, więc łatwo jest zmieniać lokalizację.

Okazało się, że w naszej zatoczce znajduje się bardzo ładne ok. 100metrowe molo, z którego można znowu połowić rybki. Uradowani, że wiatr się uspokoił poszliśmy na molo i próbowaliśmy coś złowić. Nagle nie wiadomo skąd, bo morze było bardzo spokojne przyszła fala, która zabrała nam wszystko, co leżało na molo – wędki, telefony, ubrania, piwo. Wszystko wpadło do wody. Tomek długo się nie zastanawiając wskoczył w ciuchach do wody i zaczął nurkować. Udało się szybko odzyskać to, co się unosiło na wodzie, czyli ubrania, klapki, ale niestety telefony poszły na dno. Było już prawie przed zmrokiem i w wodzie nie było widać nic, co najgorsze telefony i pokrowce były czarne. Po kilku minutach udało się namierzyć telefony. Na szczęście oba działały (BTW: Samsungi S5 NEO i S7). Klaudia szybko je wyłączyła, rozebrała i zaczęła wycierać, co tylko było suche. Po tej przygodzie daliśmy spokój i wróciliśmy do samochodu. Tomek rozwiesił ciuchy na drzewie do wyschnięcie, rozpaliliśmy grilla, położyliśmy rybkę, a tu nagle jakaś Ibizianka niczym Grażyna, której wszystko przeszkadza wydarła się na nas, że nie można robić grilla. Łamaną hiszpańszczyzną wytłumaczyliśmy, że to tylko na chwile, ponadto mamy 10litrowy baniak wody i wszystko zagasimy. Nie dało się jej przetłumaczyć, zadzwoniła na policję, która przyjechała po 20 minutach. Na szczęście rybka była już wtedy w brzuchu, a grill dawno zagaszony i schowany w skałach. Policja nawet nie wyszła z samochodu, tylko coś poklikała w tablecie i odjechała.

Ranek przywitał nas… kradzieżą. Okazało się, że bluza, spodenki i koszulka Tomka bardzo się komuś spodobały i postanowił je sobie wziąć. Była to 7 rano, a o 5 jeszcze wisiały. Ehhh… No trudno. Niech mu się noszą dobrze. Po śniadanku udaliśmy się do portu, gdzie już czekał na nas prom na Formenterę. Jest to czwarta po Majorce, Minorce i Ibizie wyspa na Balearach. Razem z Ibizą nazywa się je Pitiusami od nazw drzew iglastych – pinii, takiej sosny śródziemnomorskiej. Najtańsze bilety jakie udało nam się znaleźć kosztowały 20 euro/os. Prom wypływa z samego portu i płynie ok godziny. Można kupić też szybki katamaran, który płynie 20 minut, ale cena to ok 70 euro. Co ciekawe mieszkańcy Balearów płacą tylko… 3 euro za rejs. Z promu pięknie widać stare miasto, startujące nad nim samoloty, następnie Playa den Bossę i magiczną Es Vedrę.

Po godzince rejsu dopływamy do miejscowości La Savina na Formenterze. Tam na dzień dobry witają nas dziesiątki wypożyczalni rowerów i skuterów. Odpuściliśmy jednak i udaliśmy się na pobliską plażę, gdzie spędziliśmy ok. 5 godzin. Byliśmy jedynymi osobami na plaży. Pustki o tej porze są niesamowite. Hiszpanie pakowali swoje jachty na przyczepę. Z jednym udało nam się porozmawiać, wymienić kontaktami, okazało się, że pochodzi z Ibizy, ale od kilku lat mieszka i pracuje w Madrycie, ale z żoną kupili dom na Formenterze i jeśli nie są tu na urlopie to wynajmują dom turystom. Niestety na Balearach systemy typu Airbnb lub couchsurfing są zabronione prawnie, więc wynajem odbywa się drogą pantoflową. Jeśli ktoś by chciał tam spędzić urlop zachęcam do kontaktu. Plaże na Formenterze są niesamowite, woda czysta jak kryształ, piasek albo biały albo różowy. Ze względu na dużo mniejsze zagęszczenie ludności wyspę opanowały… jaszczurki. Malutkie zwijki, które są symbolem całych Balearów i spotyka się magnesy, koszulki i różne gadżety właśnie z nimi na grafice. Po plażowaniu udaliśmy się jeszcze na krótki spacer po mieście i porcie. Ibiza przywitała nas pięknym zachodem słońca i… mandatem za przekroczenie czasu parkowania – standardowo już chyba na każdej wyspie musimy płacić jakiś mandat i wliczamy go już w kalkulację;) Nocleg spędziliśmy ponownie w tym samym miejscu, a rano jako, że wszystkie najważniejsze punkty mieliśmy już zaliczone postanowiliśmy jeszcze raz zjechać całą wyspę zaczynając od wschodu, przez północ, zachód i wrócić na lotnisko.

Niedaleko Sant Antoni udało nam się jeszcze troszkę poplażować, w końcu złowić 3 malusieńkie rybki i zjeść kalmara oraz paelle. Po tym wszystkim pożegnaliśmy się z Ibizą, spakowaliśmy rzeczy, udaliśmy się oddać samochód, który był niesamowicie brudny w środku. Piasek i czerwona glinka mimo, że była przez nas usuwana regularnie niestety zalega wszędzie i bez odkurzacza nie da się jej usunąć. Nie wiedzieć czemu wypożyczalnie nie dają dywaników. Przecież gdybyśmy je mieli to regularnie byśmy wytrzepali na postoju, a tak niestety wszystko wchodzi w materiał i palcami się już go nie wyjmie. Na przyszłość polecamy wziąć 2-3 kartony z Lidla i po prostu je rozłożyć pod nogami. Na szczęście trafiliśmy na gościa, który się tylko uśmiechnął, ale mówił, że gdyby Renówkę przyjmował jego szef, to byśmy zapłacili 60€ za sprzątanie. Z wypożyczalni odwieziono nas na lotnisko, gdzie żegnając się z Ibizą skonsumowaliśmy migdałkową nalewkę. Niestety na lotnisku zabrano Tomkowi 3 sadzonki oliwek i 4 sadzonki agawy. Okazało się, że wewnętrzne prawo Ibizy nie pozwala na wywożenie roślin niezakupionych w sklepie. Hiszpańskie prawo nic do tego nie ma, po prostu Ibiza sobie tak wymyśliła. Proszenie i tłumaczenie, że to na prezent nic nie dało. Sadzonki poszły do śmietnika. Samolot do Londynu mieliśmy o 21.40. Tutaj tez nas zaskoczyło, że wymagano od nas nie jednego, ale dwóch dokumentów, np. prawa jazdy. Gdybyśmy nie mieli musielibyśmy wypełniać jakiś formularz. Nie obowiązuje to pasażerów z brytyjskimi paszportami, jednak nas już tak. Lot przebiegał przyjemnie aż do północnej Francji, gdzie zaczęło niesamowicie rzucać nad kanałem La Manche. Londyn nocą wyglądał przepięknie, coś jak obraz z Gwiezdnych Wojen. Niesamowita, świetlna aglomeracja miejska. Wylądowaliśmy i zaczęliśmy szukać miejsca na spanie. Niestety pod tym względem Luton jest lepsze. Na Stansted tylko wyciągniesz nogę albo zamkniesz oko i już ochrona każe Ci usiąść i nie pozwala spać. 2/3 lotniska jest zagrodzone i koczownikom takim jak my zostaje naprawdę mało miejsca. Znaleźć wolne gniazdko graniczy z cudem. Na dworze jest dużo ławek, ale niestety 4 stopnie na zewnątrz nie zachęcały do wychodzenia.

Samolot do Lublina powinien wystartować o 9, jednak przeciągnęło się do 9.40. Ruch na STN z rana jest ogromny. Samolot startuje co kilka minut, przez co zapewne brak jest sprzętu i ludzi do odprawiania kolejnych maszyn. Do Lublina dolecieliśmy w 2h10m, jednak cały czas były tylko chmury, wypełnienie wynosiło 177 osób. Lublin przywitał nas szokiem termicznym. Na Ibizie temperatury sięgały 27 stopni, a u nas było tylko 5.

Podsumowując 6 dni na Ibizie wynosły na 2 osoby:
bilety RyanAir – 500 zł
nocleg – 66€ * 4,35 = 287 zł
auto – 100€ * 4,35 = 435 zł
paliwo – 50€ * 4,35 = 217 zł
Formentera – 40€ * 4,35 = 174 zł

RAZEM = 1613
Koszt na osobę – ok. 800 zł/6 dni.

Pamiątek, jedzenia, czy zachcianek nie wliczamy bo to jest sprawa indywidualna każdej osoby i nie każdy jak my kupi np. wędki albo będzie się żywił w ten sam sposób, albo nie będzie spał na dziko, tylko wynajmie hotel. My po 8 wycieczkach rowerowych nauczyliśmy się spać w gorszych warunkach i nie sprawia nam problemu spać nawet tydzień w samochodzie czy namiocie. Polecamy każdemu Ibizę w jesieni. A propos biletów, można trafić świetne ceny lecąc – LUZ – LTN (W6), LTN – BCN (FR), BCN – IBZ (FR). Trzeba tylko spędzić trochę czasu na znalezieniu odpowiedniego biletu i połączenia, a bilety w jedną stronę można znaleźć nawet za 130 zł. W razie jakichkolwiek pytań jestesmy do usług.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *